W
barze leciała głośna muzyka, a ja czułam się, jakbym została przed chwilą
ogłuszona, jakby ktoś z całej siły uderzył mnie trzonkiem młotka w głowę.
Znajdowałam się ponad światem, ponad wszystkimi ludźmi, gdzieś w ciemnych
otchłaniach mojego umysłu. Towarzyszył mi jedynie smutek oraz niewytłumaczalne
przerażenie, a także ogromne pragnienie uwolnienia się od przykrych emocji.
Byłam nieźle skołowana i nie docierało do mnie, co właściwie robię. Dopiero po
trzecim kieliszku wódki z martini ocknęłam się i moja świadomość wróciła na
swoje miejsce. Siedziałam na hokerze przy barze i trzymałam w drżącej ręce woreczek
z białą zawartością. Nie miałam pojęcia, co podkusiło mnie, żeby po drodze
kupić od znajomego handlarza kokainę. Chciałam pozbyć się lęku, przykrego
uczucia niepokoju, potrzebowałam
niewielkiej dawki przypływu siły. Tylko dlaczego działałam, jakbym była w
amoku? Przecież dobrze wiedziałam, że nie powinnam rozwiązywać problemów,
wciągając kreskę czy też dwie.
Żałowałam, wciąż żałuję, że nie dałam
sobie pomóc, kiedy była ku temu okazja. Travis tyle razy wyciągał do mnie
pomocną dłoń, załatwiał miejsce w ośrodku, a ja dzień przed pojawieniem się na
odwyku, znajdowałam dobry powód, żeby przełożyć wizytę. Nie namawiał mnie,
doskonale wiedział, że muszę być na to gotowa. Decyzja dotycząca leczenia
powinna być podjęta jedynie przeze mnie. O ile z heroiną mi się udało, od
brania pozostałego świństwa nie potrafiłam się powstrzymać. Narkotyki mnie
pokonały, byłam im całkowicie podporządkowana, robiły ze mną co tylko chciały,
a ja na to wszystko pozwalałam. Nigdy nie miałam wystarczająco silnej woli,
nigdy nie zostałam nauczona asertywności, dlatego po każdym domowym odtruciu,
gdy tylko spotkałam kogoś znajomego na ulicy i nadarzyła się sposobność, aby
coś wciągnąć, nie byłam w stanie odmówić. To byłoby nie w moim stylu i wbrew
mojej zasadzie – dają to bierz, biją to uciekaj.
Zmięłam plastikowe opakowanie i
udałam się do łazienki, gdzie wrzuciłam dilerkę pełną białego proszku do
muszli, po czym spłukałam dwa razy. Zrobiło mi się nieco lżej na sercu, choć
zarazem pusto w portfelu. W końcu za błędy trzeba płacić, a najlepszą formą
uiszczenia za nie należności jest gotówka. Straty moralne za bardzo odbijają
się na psychice. Stanęłam przed lustrem,
które zawieszone było nad umywalką i westchnęłam z rezygnacją. Widziałam przed
sobą drobną blondynkę, w oczach której gościło przerażenie. Co się ze mną
działo? Nie potrafiłam tego wytłumaczyć. Obawiałam się, że w związku z moim
problemem takie sytuacje mogą się wielokrotnie powtarzać, a nie dopuszczałam do
siebie myśli, że przez własną głupotę, mogłabym zrobić coś, czego długo bym
potem żałowała lub też nie zdążyłabym już pożałować. Nie mogłabym w ten sposób
skrzywdzić Randyego, bo jeśli naprawdę jestem dla niego kimś więcej, niż tylko
koleżanką, która jest dobra w łóżku, a wiem, że nie traktuje mnie jak
dziewczynę do towarzystwa, co wielokrotnie mi już udowodnił, to byłoby z mojej
strony zupełnym świństwem wywinięcie mu takiego numeru. Zresztą i tak miałam
już swoje za uszami i nadeszła najwyższa pora, aby co nieco odkręcić.
Oparłam głowę o ścianę. Zimne płytki ocuciły mnie do reszty. Nie chciałam tego wieczora zrobić już nic głupiego, więc wyjęłam telefon i wybrałam numer do Benjamina. Na mojego faceta nie mogłam liczyć, a Wheeler mieszkał w pobliżu i nie miał nic przeciwko, żeby odwieźć mnie do domu. Potrzebowałam odrobiny bezpieczeństwa, a przy okazji mogłam porozmawiać z nim o Rose.
Oparłam głowę o ścianę. Zimne płytki ocuciły mnie do reszty. Nie chciałam tego wieczora zrobić już nic głupiego, więc wyjęłam telefon i wybrałam numer do Benjamina. Na mojego faceta nie mogłam liczyć, a Wheeler mieszkał w pobliżu i nie miał nic przeciwko, żeby odwieźć mnie do domu. Potrzebowałam odrobiny bezpieczeństwa, a przy okazji mogłam porozmawiać z nim o Rose.
Gdy wyszłam na zewnątrz, chłodny
powiew wiatru rozwiał mi włosy. Uliczne latarnie i kolorowe neony rozświetlały
ciemną noc. Niebo było niemalże czarne, bez wątpienia zbierało się na burzę. Grupy
młodzieży przemieszczały się od baru do baru, głośno rozmawiając, śmiejąc się,
wygłupiając. Doskonale pamiętam, że byłam taka jak oni. Beztroskie życie,
dziesiątki przyjaciół, szalone imprezy, po których doświadczało się amnezji.
Szlajałam się z moją paczką po nocach, które czasem spędzaliśmy w opuszczonych
mieszkaniach, bezustannie uciekaliśmy przed policją. Potrafiłam przez pół
tygodnia nie pojawić się w domu, a mama zupełnie się tym nie przejmowała, bo
wiedziała, że jak stary kundel wrócę, kiedy będę potrzebowała pieniędzy albo
uznam, że najwyższy czas pokazać się w szkole. Na rękę było jej to, że znikałam
na tak długo. Mogła sobie wtedy sprowadzać tylu facetów, ilu jej się tylko
podobało, a ja nie grymasiłam, że nie mogę skupić się na nauce, kiedy słyszę
ich jęki rozkoszy zza ściany. Zresztą bardzo szybko przestało mi zależeć na ocenach.
Na zajęcia chodziłam z zupełnymi kretynami, nie potrafiłam się z nimi
dogadać, nic mnie z nimi nie łączyło,
więc na lekcjach też nic mnie nie trzymało. Zamiast słuchać głupiego biadolenia
nauczycieli, wolałam wyskoczyć do parku, nad rzekę, napić się piwa. W końcu
paczka Travisa to inna sprawa, nasza banda była zupełnym przeciwieństwem tych
matołów ze szkoły. Słuchaliśmy takiej samej muzyki, wymienialiśmy się płytami,
jeździliśmy na koncerty, piliśmy i ćpaliśmy razem. Byliśmy jedną wielką rodziną.
Wtedy potrzebowałam bliskości, zainteresowania z czyjejś strony, a oni mi to
wszystko zapewnili zupełnie za darmo. Szkoda, że część tej rodziny mogę dziś odwiedzać
na cmentarzu. Ci ludzie zwinęli się tak szybko i w beznadziejnie młodym wieku. To
dlatego Travis postanowił się leczyć, zrozumiał, że heroina nie przynosi
szczęścia, a jedynie śmierć. A potem sam inwigilował mnie, pomagając rzucić
herę w cholerę, co nawet mu się udało.
Stałam przy frontowej ścianie Rainbow od
strony Sunset Boulevard, doskonale zdając sobie sprawę, że wyglądam jak tania
dziwka, która czeka na szybki zarobek. A kiedy zatrzymało się przede mną stare
czarne BMW, do którego wsiadłam, przypuszczenia moich obserwatorów, którzy byli
zarazem gośćmi pubu i palili papierosy kilkanaście metrów ode mnie, miały się
właśnie potwierdzić.
Czasami zastanawiałam się, jak łatwo
osądzić człowieka, zupełnie nic o nim nie wiedząc. Od razu stawia się go w złym
świetle. Tak trudno zdobyć się na odrobinę obiektywizmu. Dało mi to do
myślenia, że Steven nie jest tym złym, za którego go przez całe życie uważałam.
Nie mogę go odpychać tylko dlatego, że przez dwadzieścia cztery lata w ogóle
się mną nie interesował. W końcu nie sądzę, aby robił to z premedytacją, raczej
matka nie kazała mu się wtrącać w nasze życie, więc uznał, że i dla niego
będzie lepiej, jeżeli pozostanie na uboczu. Chciałam dać mu szansę, wiadomo, że
nie nadrobimy straconego czasu, już mnie nie wychowa, nie będę miała z nim
wspólnych zdjęć z dzieciństwa w kolorowym albumie, ale przecież możemy zostać
kumplami, kto wie, może nawet przyjaciółmi. W dodatku potrzebowałam jego pomocy
i Steven był moją ostatnią deską ratunku. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że
moja prośba może zachwiać już na starcie nasze relacje, ale musiałam zaryzykować,
gdyż od tego zależała moja przyszłość. W głębi duszy liczyłam na to, że mnie
zrozumie, poprze i wesprze w tej trudnej sytuacji. Ewentualnie odwróci się ode
mnie, postanowi zerwać kontakt i tyle ojca będę widziała. Musiałam jednak
zebrać się na odwagę i podjąć próbę. Już kilka tygodni temu ułożyłam doskonały,
w moim mniemaniu, plan działania, który nie powinien zawieść. Nie chciałam
wykorzystać ojca, nie o to mi chodziło, po prostu potrzebowałam go jak nigdy
dotąd.
Benji siedział u mnie do pierwszej w
nocy. Miał dla mnie propozycję sesji zdjęciowej do portfolio, ale kazałam
zgłosić mu się z tą ofertą do Rose. Zasugerowałam mu delikatnie, że dziewczyna traktuje
go poważniej niż tylko jak kolegę i wreszcie powinien się do tego faktu jakoś
ustosunkować. Wheeler to porządny facet, niczego nierozsądnego nie wymyśli,
więc mogłam być spokojna. Naprawdę chciałam dla nich jak najlepiej, zależało mi
na ich szczęściu, zasłużyli na nie i uważałam, że nawzajem mogą je sobie
podarować.