23 lutego 2013

Rozdział 11 - Zgliszcza przeszłości

            W barze leciała głośna muzyka, a ja czułam się, jakbym została przed chwilą ogłuszona, jakby ktoś z całej siły uderzył mnie trzonkiem młotka w głowę. Znajdowałam się ponad światem, ponad wszystkimi ludźmi, gdzieś w ciemnych otchłaniach mojego umysłu. Towarzyszył mi jedynie smutek oraz niewytłumaczalne przerażenie, a także ogromne pragnienie uwolnienia się od przykrych emocji. Byłam nieźle skołowana i nie docierało do mnie, co właściwie robię. Dopiero po trzecim kieliszku wódki z martini ocknęłam się i moja świadomość wróciła na swoje miejsce. Siedziałam na hokerze przy barze i trzymałam w drżącej ręce woreczek z białą zawartością. Nie miałam pojęcia, co podkusiło mnie, żeby po drodze kupić od znajomego handlarza kokainę. Chciałam pozbyć się lęku, przykrego uczucia  niepokoju, potrzebowałam niewielkiej dawki przypływu siły. Tylko dlaczego działałam, jakbym była w amoku? Przecież dobrze wiedziałam, że nie powinnam rozwiązywać problemów, wciągając kreskę czy też dwie.
            Żałowałam, wciąż żałuję, że nie dałam sobie pomóc, kiedy była ku temu okazja. Travis tyle razy wyciągał do mnie pomocną dłoń, załatwiał miejsce w ośrodku, a ja dzień przed pojawieniem się na odwyku, znajdowałam dobry powód, żeby przełożyć wizytę. Nie namawiał mnie, doskonale wiedział, że muszę być na to gotowa. Decyzja dotycząca leczenia powinna być podjęta jedynie przeze mnie. O ile z heroiną mi się udało, od brania pozostałego świństwa nie potrafiłam się powstrzymać. Narkotyki mnie pokonały, byłam im całkowicie podporządkowana, robiły ze mną co tylko chciały, a ja na to wszystko pozwalałam. Nigdy nie miałam wystarczająco silnej woli, nigdy nie zostałam nauczona asertywności, dlatego po każdym domowym odtruciu, gdy tylko spotkałam kogoś znajomego na ulicy i nadarzyła się sposobność, aby coś wciągnąć, nie byłam w stanie odmówić. To byłoby nie w moim stylu i wbrew mojej zasadzie – dają to bierz, biją to uciekaj.
            Zmięłam plastikowe opakowanie i udałam się do łazienki, gdzie wrzuciłam dilerkę pełną białego proszku do muszli, po czym spłukałam dwa razy. Zrobiło mi się nieco lżej na sercu, choć zarazem pusto w portfelu. W końcu za błędy trzeba płacić, a najlepszą formą uiszczenia za nie należności jest gotówka. Straty moralne za bardzo odbijają się na psychice.  Stanęłam przed lustrem, które zawieszone było nad umywalką i westchnęłam z rezygnacją. Widziałam przed sobą drobną blondynkę, w oczach której gościło przerażenie. Co się ze mną działo? Nie potrafiłam tego wytłumaczyć. Obawiałam się, że w związku z moim problemem takie sytuacje mogą się wielokrotnie powtarzać, a nie dopuszczałam do siebie myśli, że przez własną głupotę, mogłabym zrobić coś, czego długo bym potem żałowała lub też nie zdążyłabym już pożałować. Nie mogłabym w ten sposób skrzywdzić Randyego, bo jeśli naprawdę jestem dla niego kimś więcej, niż tylko koleżanką, która jest dobra w łóżku, a wiem, że nie traktuje mnie jak dziewczynę do towarzystwa, co wielokrotnie mi już udowodnił, to byłoby z mojej strony zupełnym świństwem wywinięcie mu takiego numeru. Zresztą i tak miałam już swoje za uszami i nadeszła najwyższa pora, aby co nieco odkręcić.
             Oparłam głowę o ścianę. Zimne płytki ocuciły mnie do reszty. Nie chciałam tego wieczora zrobić już nic głupiego, więc wyjęłam telefon i wybrałam numer do Benjamina. Na mojego faceta nie mogłam liczyć, a Wheeler mieszkał w pobliżu i nie miał nic przeciwko, żeby odwieźć mnie do domu. Potrzebowałam odrobiny bezpieczeństwa, a przy okazji mogłam porozmawiać z nim o Rose.
            Gdy wyszłam na zewnątrz, chłodny powiew wiatru rozwiał mi włosy. Uliczne latarnie i kolorowe neony rozświetlały ciemną noc. Niebo było niemalże czarne, bez wątpienia zbierało się na burzę. Grupy młodzieży przemieszczały się od baru do baru, głośno rozmawiając, śmiejąc się, wygłupiając. Doskonale pamiętam, że byłam taka jak oni. Beztroskie życie, dziesiątki przyjaciół, szalone imprezy, po których doświadczało się amnezji. Szlajałam się z moją paczką po nocach, które czasem spędzaliśmy w opuszczonych mieszkaniach, bezustannie uciekaliśmy przed policją. Potrafiłam przez pół tygodnia nie pojawić się w domu, a mama zupełnie się tym nie przejmowała, bo wiedziała, że jak stary kundel wrócę, kiedy będę potrzebowała pieniędzy albo uznam, że najwyższy czas pokazać się w szkole. Na rękę było jej to, że znikałam na tak długo. Mogła sobie wtedy sprowadzać tylu facetów, ilu jej się tylko podobało, a ja nie grymasiłam, że nie mogę skupić się na nauce, kiedy słyszę ich jęki rozkoszy zza ściany. Zresztą bardzo szybko przestało mi zależeć na ocenach. Na zajęcia chodziłam z zupełnymi kretynami, nie potrafiłam się z nimi dogadać,  nic mnie z nimi nie łączyło, więc na lekcjach też nic mnie nie trzymało. Zamiast słuchać głupiego biadolenia nauczycieli, wolałam wyskoczyć do parku, nad rzekę, napić się piwa. W końcu paczka Travisa to inna sprawa, nasza banda była zupełnym przeciwieństwem tych matołów ze szkoły. Słuchaliśmy takiej samej muzyki, wymienialiśmy się płytami, jeździliśmy na koncerty, piliśmy i ćpaliśmy razem. Byliśmy jedną wielką rodziną. Wtedy potrzebowałam bliskości, zainteresowania z czyjejś strony, a oni mi to wszystko zapewnili zupełnie za darmo. Szkoda, że część tej rodziny mogę dziś odwiedzać na cmentarzu. Ci ludzie zwinęli się tak szybko i w beznadziejnie młodym wieku. To dlatego Travis postanowił się leczyć, zrozumiał, że heroina nie przynosi szczęścia, a jedynie śmierć. A potem sam inwigilował mnie, pomagając rzucić herę w cholerę, co nawet mu się udało.
Stałam przy frontowej ścianie Rainbow od strony Sunset Boulevard, doskonale zdając sobie sprawę, że wyglądam jak tania dziwka, która czeka na szybki zarobek. A kiedy zatrzymało się przede mną stare czarne BMW, do którego wsiadłam, przypuszczenia moich obserwatorów, którzy byli zarazem gośćmi pubu i palili papierosy kilkanaście metrów ode mnie, miały się właśnie potwierdzić.
            Czasami zastanawiałam się, jak łatwo osądzić człowieka, zupełnie nic o nim nie wiedząc. Od razu stawia się go w złym świetle. Tak trudno zdobyć się na odrobinę obiektywizmu. Dało mi to do myślenia, że Steven nie jest tym złym, za którego go przez całe życie uważałam. Nie mogę go odpychać tylko dlatego, że przez dwadzieścia cztery lata w ogóle się mną nie interesował. W końcu nie sądzę, aby robił to z premedytacją, raczej matka nie kazała mu się wtrącać w nasze życie, więc uznał, że i dla niego będzie lepiej, jeżeli pozostanie na uboczu. Chciałam dać mu szansę, wiadomo, że nie nadrobimy straconego czasu, już mnie nie wychowa, nie będę miała z nim wspólnych zdjęć z dzieciństwa w kolorowym albumie, ale przecież możemy zostać kumplami, kto wie, może nawet przyjaciółmi. W dodatku potrzebowałam jego pomocy i Steven był moją ostatnią deską ratunku. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że moja prośba może zachwiać już na starcie nasze relacje, ale musiałam zaryzykować, gdyż od tego zależała moja przyszłość. W głębi duszy liczyłam na to, że mnie zrozumie, poprze i wesprze w tej trudnej sytuacji. Ewentualnie odwróci się ode mnie, postanowi zerwać kontakt i tyle ojca będę widziała. Musiałam jednak zebrać się na odwagę i podjąć próbę. Już kilka tygodni temu ułożyłam doskonały, w moim mniemaniu, plan działania, który nie powinien zawieść. Nie chciałam wykorzystać ojca, nie o to mi chodziło, po prostu potrzebowałam go jak nigdy dotąd.
            Benji siedział u mnie do pierwszej w nocy. Miał dla mnie propozycję sesji zdjęciowej do portfolio, ale kazałam zgłosić mu się z tą ofertą do Rose. Zasugerowałam mu delikatnie, że dziewczyna traktuje go poważniej niż tylko jak kolegę i wreszcie powinien się do tego faktu jakoś ustosunkować. Wheeler to porządny facet, niczego nierozsądnego nie wymyśli, więc mogłam być spokojna. Naprawdę chciałam dla nich jak najlepiej, zależało mi na ich szczęściu, zasłużyli na nie i uważałam, że nawzajem mogą je sobie podarować.